• Wpisów: 149
  • Średnio co: 14 dni
  • Ostatni wpis: 1 rok temu, 21:13
  • Licznik odwiedzin: 17 164 / 2184 dni
 
potluczona
 
Pisane słowem.: Najdroższy, najukochańszy, tak dawno już do ciebie nie pisałam. Na szczęście tym razem nic się takiego u mnie nie zdarzyło, o czym chciałabym ci donieść. Piszę ten list jedynie dlatego, że znów przypłynęła do mnie fala wielkiej tęsknoty za tobą i od kilku dni paraliżuje mnie nie daje o niczym innym myśleć. Tu kiedyś wypadł mi talerz z rąk, bo nagle zjawiłeś się w moich oczach. A wczoraj, wyobraź sobie, założyłam bluzkę na lewą stronę. I przecież przeglądałam się w lustrze przed wyjściem. Ale jakbym nie widziała w nim siebie. Dopiero koleżanka w szpitalu zwróciła mi uwagę. Powiedz, czy to jest normalne? Tyle lat minęło, a wciąż nie mogę poradzić sobie z miłością do ciebie. Miałam długo nadzieję, że w szarości codziennych obowiązków szpitalnych, gdy musisz patrzeć na te biedne dzieci, zachodzić w głowę, jak im pomóc, a tu nie można już nic pomóc, i pozostaje straszny żal do siebie, że się nie sprostało, że śmierć jest silniejsza od nas, od naszych zdolności, umiejętności, że w tym zatroskaniu, zabieganiu i moja miłość do ciebie zacznie przygasać, aż się stanie w końcu jedynie wspomnieniem. Tak się przecież zwykle dzieje. I wydaje się to naturalne, że miejsce miłości wypełniają codzienne zmartwienia, nieustanne myśli, co jutro, pojutrze. Tylko czy prawdziwa miłość może dać się tak łatwo zamienić na tę codzienną szarość? Prawdziwa miłość jeśli już kogoś wybiera, to po kres, na całe życie, i nie opuszcza go, jeśli nawet przekroczysz tę granicę. Więc może powinnam być szczęśliwa, że kiedyś i mnie wybrała. A że nie spełniła się, tym bardziej pozwala mi odczuwać niemal w każdej godzinie, każdą moją myślą, jakim jest szczęściem. Bo też jak inaczej można jej prawdziwie doznać? Jeśli nie przez utratę, przez brak nadziei, przez pogrążenie się w cierpieniu, podobnym temu, gdy ktoś bliski nam umiera, a nie chcemy się na to zgodzić, że umarł. W szczęściu nigdy miłość nie da nam się poznać tak dotkliwie, jak w cierpieniu, że tracimy nieraz poczucie, czy to nas dotyczy, czy jeszcze jesteśmy na tym świeci, czy to tylko po nas wspomnienie. Szczęścia nie stać na złudzenia, że coś się spełniło, gdy się nie spełniło. Szczęście nie jest zbyt mądre. Przychodzą takie chwile, że nie wiem już, co z sobą zrobić. Kiedyś pomyślałam, wsiądę w pociąg i przyjadę do ciebie. Ale to przecież o wiele za późno, o lata za późno, o całe życie za późno. Mam męża, mam dzieci, mam dobrą pracę, jestem ceniona, więc co ja wyprawiam? Kupiłam nawet bilet, pociąg przyjechał, konduktor widząc, że nie wsiadam, spytał, pani nie wsiada, lecz zabrakło mi odwagi. Pociąg odjechał, a ja zostałam na peronie, jak zostałam w swoim życiu. Pomyślałam, nie będę porywać się na los, mimo że przeciw mnie się obrócił. Może coś wie lepiej ode mnie i dlatego tak, a nie inaczej ułożył to moje życie. Niech więc tak zostanie. Nie czuję się w niczym winna, że tak się stało. Ani nie umiem sobie wytłumaczyć, dlaczego tak się stało. Czyżby to miłość sama nas opuściła, bez naszej zgody? A może nie ona nas, lecz my ją opuściliśmy? Więc po co zaklinaliśmy się, że nie wyobrażamy sobie życia bez siebie? Czyżbyśmy wówczas nie wiedzieli jeszcze, co to jest miłość? Czyżbyśmy byli za młodzi, żeby wiedzieć, czym jest? I musiała nas dopiero rozłączyć, abyśmy zrozumieli, że nie jest takim łatwym szczęściem, jak nam się wydawało? Że jest pełna lęku, niepewności, że kryje w sobie zapowiedź rozpaczy, gdy coraz wyraźniej widać zbliżający się kres. Trzeba widocznie przeżyć całe życie, aby się dowiedzieć, czym ona jest. Ale czyżbyśmy temu nie byli w stanie sprostać? Powiedz, może ty wiesz, cośmy tej naszej miłości zawinili. Próbowałam przez te wszystkie lata szukać w sobie winy. Dręczyłam się najprzeróżniejszymi myślami, ale nie mogłam nic przeciwko sobie znaleźć prócz tego, że cię kochałam, najgoręcej jak umiem. Ale czy miłość może być winą? Nie sądź jednak, że ciebie o cokolwiek obwiniam. Przysięgam nie, nie. Wiem, że tak samo jak ja nie jesteś niczemu winien. Może więc wina była poza nami? Może stało się to wszystko z wyroku losu? Tylko że ty ni wierzyłeś w los. Los to jedno z imion naszej bezradności, powiedziałeś kiedyś. Ale ja muszę wierzyć, że wyroku losu nie pokona się nawet miłością. Zazdroszczę ci, bo domyślam się, że ty się z tym uporałeś. I wybaczam ci, że nie chcesz do tego wracać, bo przecież byś choć raz do mnie napisał. Nie zmuszam cię. Nie pisz. Nie chcę. A może i mnie przyjdzie łatwiej skończyć z tym pisaniem do ciebie. Powiedz tylko, czy kochałeś mnie tak, jak ja kochałam ciebie. Zresztą skąd możesz wiedzieć, jak cię kochałam i nadal kocham. Niemożliwe, żebyś wiedział nie zna się drugiego człowieka, każdy zna jedynie samego siebie, jeśli chce znać. Powiem ci tylko, że świat nie istniał dla mnie poza tobą, chociaż to niewiele mówi. Kochałam cię oczami, myślami, każdą tkanką swojego ciała, każdym drgnieniem serca, kochałam cię w snach i na jawie. Kochała cię jakby na przekór mojemu życiu. I kocham. Czasem wydaje mi się, że śmierć jest już poza mną, a ja cię kocham dalej. Uznasz, że to szaleństwo? Ale nie lituj się nade mną. Nie potrzebuję twojej litości. I tak cię będę kochać. Dla siebie cię będę kochać, gdybyś nawet nie istniał. Wiem, że miłość nie była dla ciebie tym, czym dla mnie. Miłość to lęk, kruchość i ból, więc nie zmuszaj się do takich samych wyobrażeń, Wiem również, że miłość z miłością nigdy się nie równoważą, nie stapiają się z sobą. Pozostają uczuciami, które się wzajemnie darzą, lecz nie po tyle samo. Kończę ten list, bo zbiera mi się na płacz. A nie chcę… Wybacz. Twoja na zawsze.  


tumblr_oiw3bqcr811tkbi0vo1_540.jpg

Nie możesz dodać komentarza.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego
  • awatar
     
     
    gość
    teraz nie obwiniaj za to, co stało sie z Twoim życiem, ani los, ani Boga, ani człowieka - NIKOGO, tylko samą siebie. Bo praprzyczyną wszystkich nieszczęść jest decyzja. TWOJA DECYZJA. Twoja decyzja, nie sąsiada, nie losu, ani partnera. Ani nawet Boga.


    PS. Czy to Twój tekst czy to jakiś cytat? Z jakiej książki?
     
  • awatar
     
     
    gość
    Nienawidzę takich tekstów, gdzie nie widzi sie swojej winy i usprawiedliwia wszystko, co się samemu robiło - przeciez relacje obustronne są. Są DWIE strony. I to, co się dzieje, zależy od działań, zachowań OBU STRON. Składanie winy na tę drugą stronę lub na los świadczy o tym, że nic sie nie rozumie z życia. Że błądzi się jak dziecko we mgle. No bo powiedz - czy ktoś zmusił Cię, aby isc z kims do łóżka? Czy ktoś zmusił Cię, aby kogoś takiego do SWEGO łóżka zaciągnąć? Nie. To nie był gwałt. Zrobiłaś to sama, dobrowolnie. Dlaczego więc obwiniasz o to wszystko jakieś bliżej nieokreślone fatum? GŁUPIA DZIEWCZYNO, PRZESTAŃ W KOŃCU ZRZUCAĆ Z SIEBIE O D P O W I E D Z I A L N O Ś Ć!!! To Ty jesteś odpowiedzialna ZA WSZYSTKO, co dzieje sie w Twoim życiu. Ach, może stało się to, gdy byłaś pijana? Ale zaraz - a kto Ci kazał pić? A kto kazał iść na imirezę? Pan Bóg? No nie. Sama poszłaś, bo to było dla Ciebie fajne. Wiec teraz nie obwiniaj za to, co stało sie z Twoim życiem, ani los, ani Boga,